Góra Świętej Anny, 3.10.2026. Świadectwo Siostry Marii Amaty SSpSAP.

1. Tajemnica ukrycia i różowy habit.

„Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu”. (Kol 3,3)

Jestem siostrą klauzurową z Nysy, Służebnicą Ducha Świętego od Wieczystej Adoracji. Na co dzień moje życie toczy się za kratami klauzury. Nie spotykam zbyt wielu ludzi, najczęściej nie wychodzę na zakupy, nieczęsto spaceruję po nyskich ulicach. A jeśli tak, to jestem ubrana w szary habit, by odwiedzić lekarza. I wtedy ciężko powiedzieć, że jestem różową siostrą. Dlatego to dzisiejsze spotkanie z wami jest dla mojego serca ogromną radością, ale nie ukrywam – również pewnym wyzwaniem.

Kiedy patrzycie na mnie, zapewne waszą uwagę zwraca ten nietypowy, różowy habit. Wiele osób pyta nas: „Dlaczego różowy? Przecież zakonnice zazwyczaj chodzą w czerni, brązie albo bieli”. Ten kolor nie jest dziełem przypadku ani mody. Wybrał go dla nas nasz założyciel, święty Arnold Janssen. Różowy, a właściwie radosny kolor rozpalonego ognia to symbol Ducha Świętego. Ma nam każdego dnia przypominać o ogniu miłości Bożej, który płonie w naszych sercach, oraz o radości, jaką przynosi Trzecia Osoba Trójcy Świętej. Z kolei biały szkaplerz i welon symbolizują czystość i całkowite oddanie się Jezusowi w Eucharystii, jak Maryja, Niepokalana Oblubienica Ducha Świętego.

Wspomniałam na samym początku słowa Świętego Pawła z listu do Kolosan o życiu ukrytym. „Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu” (Kol 3,3). Co to tak naprawdę znaczy? Gdy współczesny świat słyszy o klauzurze, o zamknięciu, często reaguje lękiem albo niezrozumieniem. Ludzie pytają: „Po co się zamykać? Przecież w świecie jest tyle biedy, tyle rąk do pracy potrzeba w szpitalach, sierocińcach, na misjach. Czy to nie marnowanie życia i talentów?”.

Odpowiedź na to pytanie jest zakorzeniona w samym Jezusie. On sam ukrył się najgłębiej, jak to możliwe – w małej, białej Hostii, w Eucharystii. Stał się tak cichy, tak bezbronny i tak niewidoczny dla ludzkich oczu. A ja, odpowiadając na Jego miłość, ukryłam się razem z Nim. Za kratami klauzury moje życie nie zostało zmarnowane ani zamknięte w grobowcu. Ono zostało ukryte w Bogu, by stać się źródłem życia dla innych. Bo jeśli ziarno nie obumrze, nie przynosi owocu. Wybrałam w moim życiu powołanie kontemplacyjno-misyjne. Te dwa słowa: kontemplacja i misja, choć wydają się stać w sprzeczności, w naszym charyzmacie stanowią jedno. Jesteśmy sercem misji. Nie jedziemy na krańce świata, ale z kolanami zgiętymi przed Monstrancją, (jeśli jeszcze mamy zdrowe kolana, jak nie, to po prostu wpatrzone w Niego), ogarniamy modlitwą każdy zakątek ziemi). Ten wybór życiowy napełnia mnie ciągle na nowo głęboką, wewnętrzną radością, poczuciem absolutnego bezpieczeństwa i pokoju. Ale też – co ciekawe – świętą tęsknotą. Tęsknotą za wypełnieniem się wszystkich Bożych obietnic, czyli za wiecznością, gdzie już nie będzie zasłon, krat ani ukrycia, ale staniemy twarzą w twarz z Miłością.

2. Droga powołania: Od Pomorza do Poznania

Chciałabym opowiedzieć wam, jak Jezus krok po kroku zdobywał moje serce i jak doprowadził mnie do tego miejsca. Bo nikt nie rodzi się siostrą klauzurową. Do tej prawdy i do tego wyboru docierałam w moim życiu bardzo stopniowo, a Pan Bóg pisał moją historię z niezwykłą delikatnością.

Wszystko zaczęło się na Pomorzu, w Tczewie, gdzie spędziłam dzieciństwo i lata młodzieńcze. Pamiętam dzień mojej Pierwszej Komunii Świętej. Dla wielu dzieci to czas prezentów i strojów. Dla mnie, choć byłam małą dziewczynką, było to doświadczenie niezwykłej wręcz realności Boga. Pamiętam fizyczne poczucie bliskości, jakby Ktoś mocno mnie otulił swoim ramieniem, powiedział, że JEST. To dziecięce doświadczenie „otulenia przez Boga” zasiało w moim sercu ziarno, które miało kiełkować przez lata.

Gdy dorastałam, ta relacja potrzebowała nowych bodźców. Zaczęłam chodzić na piesze pielgrzymki na Jasną Górę. Kto raz przeżył pielgrzymkę, ten wie, czym ona jest: to zmęczenie, bąble na stopach, upał, ale też niesamowita przestrzeń radości, śpiewu i modlitwy. To właśnie tam, w drodze do Częstochowy, zrodziła się we mnie miłość do codziennej Mszy Świętej. Zauważyłam, że dzień, który rozpoczynam od Eucharystii, ma zupełnie inny smak. Stawałam się spokojniejsza, a Pan Jezus stawał się Przyjacielem codzienności.

Prawdziwy przełom i czas duchowego dojrzewania przyszedł jednak w okresie studiów. Trafiłam do Poznania, do duszpasterstwa akademickiego u ojców dominikanów. Kto słyszał o poznańskich dominikanach, ten na pewno zna legendarne msze święte „siódemki” – odprawiane o godzinie 19:00 w niedziele, gromadzące setki, a czasem tysiące studentów, a codziennie też w kameralnym gronie o siódmej rano. To tam, pod okiem mojego kochanego ojca Jana Góry – twórcy spotkań na Lednicy – uczyłam się dorosłej wiary. Ojciec Jan był człowiekiem z ogromną charyzmą, ale przede wszystkim miał niezwykły dar budzenia w młodych ludziach poczucia, że są ważni dla Boga. Powtarzał nam, że mamy „wybierać Chrystusa” każdego dnia na nowo, bez kompromisów. „Wypłyń na głębię, jest przy Tobie Chrystus” czy „Warto żyć dla miłości” były potężnymi wezwaniami dla mego życia wiarą.

Zaczęłam otwierać się na Boga i dojrzewać duchowo. Fascynowała mnie św. Faustyna. W tamtym czasie zaczęłam intensywnie czytać Dzienniczek świętej siostry Faustyny Kowalskiej. Ta prosta zakonnica otworzyła przede mną zupełnie nowy świat duchowy. To dzięki niej obudziła się we mnie żywa, płomienna wiara w realną obecność całej Trójcy Świętej w konsekrowanej Hostii. Zrozumiałam, że biały opłatek to nie symbol, ale żywy Bóg, który z miłości do człowieka uniżył samego siebie.

Wtedy też, jak u każdego studenta, pojawiły się kluczowe pytania o przyszłość: „Co chcę robić w życiu? Jak ma wyglądać moja przyszłość?”. Miałam wokół siebie wspaniałych, mądrych ludzi, przyjaciół z duszpasterstwa, spowiednika. I dzięki ich mądrości, zamiast pytać tylko siebie o własne plany, zaczęłam pytać Jezusa: „Panie, a co Ty chcesz, żebym zrobiła ze swoim życiem? Jaki jest Twój plan?”.

Muszę wam wyznać zupełnie szczerze: bardzo chciałam ludzkiej miłości. Szukałam miłości mojego życia. Nie chciałam chorować na samotność, której tak bardzo boi się dzisiejszy świat. Marzyłam o tym, by spotkać tego jedynego, wybranego mężczyznę, założyć piękną, chrześcijańską rodzinę, mieć dzieci. To były dobre, czyste, naturalne pragnienia młodego serca. Modliłam się o dobrego męża, prosiłam Boga o tę łaskę ze wszystkich sił.


I wiecie co? Łaska przyszła. Ale zupełnie inaczej niż się tego spodziewałam.

3. Zaręczyny przed Monstrancją.

To wydarzyło się podczas jednej z adoracji Najświętszego Sakramentu. Przyszłam do kaplicy z moimi studenckimi sprawami, z moimi marzeniami o ziemskim małżeństwie. I nagle, w ciszy mojego serca, doświadczyłam czegoś, czego nie da się opisać ludzkimi słowami, ale spróbuję to ująć w obrazy. Doświadczyłam tak realnej, wszechogarniającej i potężnej obecności Boga, że poczułam, jakbym fizycznie kosztowała Jego miłości. To nie było uniesienie emocjonalne. To była pewność. Wiedziałam, ponad wszelką wątpliwość, że jestem kochana miłością totalną, bezwarunkową, miłością, która nie stawia żadnych wymagań wstępnych. I poczułam, że ta miłość uzdalnia mnie do odpowiedzi. Chciałam odpowiedzieć na Jego miłość ukrzyżowaną – miłość, która oddała wszystko, do samego końca.

I dokładnie w tym momencie, w tej ciszy, pojawiła się w mojej głowie i sercu bardzo wyraźna myśl. To nie był głos z nieba, to było wewnętrzne natchnienie, ale tak jasne, jakby ktoś stał obok mnie. Usłyszałam pytanie:

„Czy chciałabyś, bym to Ja, Jezus, był tym Jedynym dla Ciebie?

Twoim Wybrankiem?”

Gdy to do mnie dotarło, w pierwszym momencie pomyślałam: „Wow. No nie, Panie Jezu, czegoś takiego to się zupełnie nie spodziewałam!”. Moja pierwsza reakcja wcale nie była pełna mistycznego uniesienia. Przeraziłam się. Nie umiałam przyjąć tego zaproszenia w prostocie dziecka Bożego. Zaczęłam kalkulować, panikować i… próbowałam Chrystusa zniechęcić. Zaczęłam Mu wymieniać listę moich wad: że jestem z rozbitej rodziny, że nie ma w niej żadnego powołania kapłańskiego, no dobra, jest jakaś ciotka u franciszkanek, ale ją bliżej poznałam dopiero w klasztorze w Nysie, że się nie nadaję, że przecież marzę o normalnej rodzinie. Szukałam każdej możliwej wymówki, żeby tylko uciec przed tym wezwaniem.

Ale Jezus okazał się niesamowicie cierpliwy i wierny. On nie działa gwałtownie. Nie łamie ludzkiej woli. Przez kolejne miesiące, krok po kroku, z wielką czułością pokazywał mi drogę. Każde moje wewnętrzne natchnienie, każdą wątpliwość i strach przynosiłam na sakrament pokuty, przedstawiając je mojemu stałemu spowiednikowi. To niezwykle ważne, by w drodze rozeznawania powołania mieć obok siebie mądrego kapłana, który chłodzi emocje, a pomaga zobaczyć działanie Ducha Świętego.

I tak, prowadzona za rękę przez Pana, dotarłam do bram zamkniętego klasztoru w Nysie. Dlaczego akurat klauzura? Bo moje serce po tamtym doświadczeniu adoracji pragnęło radykalizmu. Chciałam, aby moje życie – każdy mój dzień, każda godzina, a nawet ten różowy habit – jednoznacznie, bez żadnych niedomówień, wskazywało na Chrystusa jako jedyną i najważniejszą Miłość mojego życia. Chciałam oddać Mu wszystko, nie zostawiając sobie żadnej furtki bezpieczeństwa.

4. Codzienność za kratami: Wspólnota 12 serc.

Gdy przekracza się próg klauzury, wchodzi się w zupełnie inny rytm życia. Jak wygląda nasza codzienność w Nysie? Żyjemy we wspólnocie sióstr, które wraz ze mną spędzają tutaj całe swoje życie. Jest nas obecnie dokładnie dwanaście. Liczba bardzo ewangeliczna – jak dwunastu apostołów. I, podobnie jak w gronie apostołów, każda z nas jest zupełnie inna, każda przynosi ze sobą inną historię, inną wrażliwość i… inną kulturę.

Większość z nas pochodzi z Polski, ale nasza przełożona jest Słowaczką. Mamy we wspólnocie jedną siostrę z Niemiec, jedną z Indonezji i jedną z dalekiej Argentyny. Wyobraźcie sobie to bogactwo! Dwanaście kobiet z różnych stron świata, o zupełnie różnych temperamentach, zamkniętych na stałe w jednych murach klasztornych. Świat mógłby pomyśleć, że to wariactwo. Bo jak pogodzić indonezyjską delikatność, argentyńską ekspresję, niemiecki porządek i polską ułańską fantazję? A o tym, że mam dużą fantazję, zapewniła mnie kiedyś moja filipińska siostra. Nigdy tak o sobie wcześniej nie myślałam.

A jednak to działa! I to jest kolejny, namacalny cud obecności Ducha Świętego. Łączy nas jeden cel, jedno serce i jeden Oblubieniec. Doświadczyłam tego będąc w naszych klasztorach w Holandii czy na Filipinach. To niesamowite, że wszystkie wpatrujemy się z Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie. Oczywiście, uczymy się siebie nawzajem każdego dnia. Językiem oficjalnym we wspólnocie jest język polski, więc nasze siostry z zagranicy wkładają ogromny trud w naukę naszej niełatwej mowy, co samo w sobie jest już pięknym aktem miłości. Ta wielokulturowość uczy nas ogromnej otwartości na powszechność Kościoła. Kiedy siostra z Indonezji opowiada o tamtejszych misjach albo siostra z Argentyny wnosi swoją radość albo gdy w czasie dnia słowackiego czy niemieckiego zwiedzmy, przez Internet, piękne zakątki Słowacji czy Niemiec– nasze mury klasztorne nagle się rozszerzają na cały glob.

Nasze wyjścia z klasztoru są ograniczone do absolutnego minimum. Opuszczamy mury tylko w wyjątkowych sytuacjach: gdy konieczna jest wizyta u lekarza, specjalistyczne badania lub gdy obowiązki zakonne wymagają przemieszczenia się do innego domu naszego zgromadzenia. Dla człowieka z zewnątrz może to brzmieć jak więzienie. Ale dla nas te mury nie są barierą, która nas ogranicza – są tarczą, która nas chroni. Chroni nas przed rozproszeniami świata, byśmy mogły w pełni skupić się na naszym najważniejszym zadaniu.

A tym zadaniem jest nieustanna adoracja Najświętszego Sakramentu. Dzień i noc. Zapraszamy do adoracji też osoby świeckie, by w naszej kaplicy Monstrancja nigdy nie została sama. Gdy miasto Nysa śpi, gdy wy śpicie w swoich domach, załatwiacie swoje sprawy, pracujecie – zawsze przynajmniej jedna jest przed Panem. Zmieniamy się na dyżurach, w nocy co godzinę. Święty Arnold Janssen mówił nam, że mamy nieustannie adorować Sakrament Miłości Serca Jezusowego. Mamy stawać przed Nim w imieniu tych, którzy modlić się nie chcą, nie potrafią albo nie mają na to czasu, szczególnie myśląc o misjonarzach i misjonarkach, zabieganych o sprawy zbawienia w inny sposób. Nasze serca mają być jak naczynia, które napełniają się Duchem Świętym przed tabernakulum, a potem tę miłość i owoce Ducha wylewają na całą ludzkość.
W liście do Galatów Święty Paweł pisze bardzo ważne słowa, które są fundamentem mojego przeżywania klauzury:
„Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim [cnotom] nie ma Prawa. A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy”.

Te owoce Ducha Świętego to jest nasz „darmowy pakiet”, który otrzymujemy od Jezusa w klauzurze. Można zapytać: „A jak wy wytrzymujecie ze sobą 24 godziny na dobę przez tyle lat?”. No właśnie dzięki temu pakietowi! Gdy przychodzą chwile zmęczenia, kiedy ludzka natura daje o sobie znać – bo przecież jesteśmy tylko ludźmi, kobietami, mamy swoje słabości – idziemy przed Najświętszy Sakrament. I tam Jezus daje nam cierpliwość, daje nam łagodność i opanowanie, których same z siebie nigdy byśmy nie wykrzesały. To jest żywy dowód na Jego realną, choć ukrytą obecność.

5. Teologia serca: Wiedza ze Słowa, nie z matematyki.

To, o czym Wam mówię – ta niezachwiana wiara w obecność Jezusa pod postacią chleba – to nie jest wiedza czysto ludzka. To nie jest matematyka, gdzie dwa plus dwa zawsze daje cztery. To nie są nauki przyrodnicze, które można zbadać pod mikroskopem czy opisać chemicznym wzorem. Choć znamy cuda eucharystyczne, w których nauka musiała skapitulować przed tajemnicą, to jednak u podstaw naszej relacji z Hostią leży wiara. To dar. To sam Jezus wybrał mnie, wezwał i uzdolnił moje serce do tego, by wierzyć w Jego obecność.

Skąd czerpię moją wiedzę i pewność? Czerpię ją przede wszystkim ze Słowa Bożego. Codziennie spędzam czas na osobistej lekturze Pisma Świętego – na tak zwanym Lectio Divina. Czytam Słowo prywatnie w mojej celi, ale też słucham go, gdy jest czytane i wyjaśniane przez Kościół podczas liturgii. Wyśpiewuję je w chórze w czasie liturgii godzin, medytuję, przeżuwam… Bo Słowo Boże i Eucharystia są jak dwa stoły, z których karmimy się bezustannie. Słowo umacnia moją wiarę. Ono otwiera moje oczy – tak jak otworzyło oczy uczniom idącym do Emaus – na rozpoznanie Go w tych skromnych postaciach eucharystycznych.

Podczas każdej Mszy Świętej, w momencie konsekracji, na ołtarzu dzieje się coś, co przekracza wszelkie ludzkie pojęcie. Bóg-człowiek, nasz Zbawiciel, Jezus Chrystus, staje się rzeczywiście, substancjalnie obecny, w Ciele i Krwi. Nie w sposób symboliczny, nie na niby. Przychodzi do mnie w Komunii Świętej, staje się ze mną jedno. Wtedy wiara zapewnia mnie, że już nie ja żyję, ale żyje we mnie On, nasz Pan. W ciszy zapewnia mnie: „Jestem z Tobą. Kocham Ciebie. Dokładnie taką, jaka jesteś”.

Właśnie kaplica klasztorna, ta przestrzeń przed Monstrancją, to dla mnie najbezpieczniejsza przystań na świecie. W życiu siostry klauzurowej również bywają dni trudne. Przychodzę tam czasem rozproszona tysiącem myśli, zmęczona fizycznie, czasem po ludzku poraniona, czując swoją grzeszność i niewdzięczność wobec Bożych darów. I wiecie co jest najpiękniejsze? Jezus patrzy na mnie z miłością. On mnie zawsze wita z otwartymi ramionami. Serdecznie mnie przyjmuje, pozwala mi po prostu być. Pomaga mi zregenerować siły, uleczyć rany mojego serca, bym mogła na nowo wyruszyć w mój specyficzny „świat”.
Mój „świat” to nie są dalekie podróże. Mój „świat” to misja wstawiennicza. Po regeneracji sił przed Panem wracam, by modlić się za zbawienie świata.

Modlę się za Was, za Wasze rodziny, za ludzi pogubionych, za młodzież, za umierających, za misjonarzy pracujących w trudnych warunkach w Afryce czy Azji. Modlę się za każdego, kto kiedykolwiek prosił mnie o modlitwę i za tych, o których nikt już nie pamięta czy nie potrafią prosić…

I to jest niesamowicie życiodajne. Moje ukryte życie za kratami staje się narzędziem w ręku Boga dla zbawienia innych ludzi. Jezus miał niesamowity, genialny pomysł, by stać się „chlebem obecności”. Zrobił to po to, by nakarmić moje i Wasze głodne serca. Głodne miłości, głodne akceptacji, głodne pokoju.

Jezus to potęga obecności. On jest zawsze dostępny. Nie ma do Niego kolejek, nie trzeba zapisywać się na wizytę z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, nie potrzebuje zasięgu w telefonie ani internetu. Jest na wyciągnięcie ręki w każdym tabernakulum na świecie. A co więcej, nasz ojciec Arnold mawiał, że Bóg jest obecny na trzech tronach: niebieskim, eucharystycznym i w sercu każdego usprawiedliwionego człowieka. W moim codziennym życiu nieustannie doświadczam Jego świętej ciszy. Ciszy, która nie jest pustką, ale obecnością, która mnie wypełnia i uspokaja. Doświadczam Jego niesamowitej uważności i zasłuchania. Kiedy klęczę przed Nim i wylewam przed Nim swoje serce, mówiąc o moich radościach czy troskach wspólnoty, wiem, że On mnie słucha z pełnym zaangażowaniem. Ale najczęściej po prostu patrzę na niego i kocham, modląc się modlitwą różańcową.

A kiedy widzę, jak po takich chwilach modlitwy moje serce napełnia się owocami Ducha Świętego – nagle wraca pokój, znika niepokój, pojawia się radość – to mam absolutną pewność, że On zaangażował się w moje sprawy. Wiem, że On się nimi zajmie najlepiej, a ja mogę spokojnie odpocząć na Jego bezpiecznym ramieniu. I to odpocząć czasem dosłownie! Bywają takie momenty, zwłaszcza podczas nocnych adoracji, kiedy zmęczenie bierze górę i po prostu zasypiam przed Monstrancją jak małe dziecko. Na początku miałam z tego powodu wyrzuty sumienia, ale mój spowiednik i święci mistycy nauczyli mnie, że przyjść i zasnąć u stóp Pana, to też jest akt wielkiego zaufania. On we mnie żyje i przez mnie działa – niezależnie od tego, czy śpię, czy czuwam. Moje serce czuwa, nawet gdy ciało odpoczywa w Jego obecności.

6. Podsumowanie i zaproszenie dla świata.

Drodzy przyjaciele, kończąc to moje świadectwo, chcę was zostawić z jedną, bardzo prostą myślą.
Moje życie jest ukryte za kratami w Nysie, a życie Jezusa jest ukryte w białej Hostii. Ale to ukrycie nie oznacza nieobecności. Wręcz przeciwnie – to jest najpotężniejsza forma obecności, jaka istnieje na ziemi.

Jezus, który wezwał mnie do klauzury, jest dokładnie tym samym Jezusem, który żyje w waszych sercach i który czeka na was w waszych kościołach parafialnych. Wy nie musicie zakładać różowego habitu ani zamykać się za kratami, aby doświadczać owoców Ducha Świętego. Wasza „klauzura” to może być chwila ciszy w ciągu dnia, wyłączony telefon, krótka modlitwa w drodze do pracy czy szkoły, albo dziesięć minut adoracji w tygodniu.

Zachęcam was z całego serca: nie bójcie się stracić czasu dla Jezusa. Nie bójcie się ukryć swojego życia w Nim. Świat wokół nas jest taki głośny, taki zabiegany, tak bardzo choruje na samotność i brak miłości. A Lekarstwo jest tak blisko – ciche, białe, ukryte w tabernakulum. Idźcie do Niego ze wszystkim, z czym się zmagacie. On was zawsze serdecznie powita, przyjmie i napełni wasze serca swoim świętym Duchem.

Bardzo dziękuję wam za to spotkanie, za waszą uwagę i za waszą obecność, która dla mnie, siostry zza krat, jest wielkim darem. Obiecuję moją nieustanną modlitwę przed Najświętszym Sakramentem w Nysie za każdego z was. I bardzo was proszę – westchnijcie czasem do Boga również za nas, za naszą dwunastkę, byśmy zawsze były wiernymi i radosnymi Służebnicami Ducha Świętego od Wieczystej Adoracji.

Niech Bóg was błogosławi i strzeże! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

s. Maria Amata SSpSAP